Zmartwychwstaniemy - najnowsze wydawnictwo Dr. Misio stało się krążkiem bardziej kontrowersyjnym niż wyczekiwanym. Emocje jakie wzbudz...


Zmartwychwstaniemy - najnowsze wydawnictwo Dr. Misio stało się krążkiem bardziej kontrowersyjnym niż wyczekiwanym. Emocje jakie wzbudziło wycofanie zespołu Arkadiusza Jakubika z line-upu Festiwalu w Opolu równe były tylko zaskoczeniu artysty, że piosenka Pismo zakwalifikowała się do konkursu. Odwołanie koncertu Dr. Misio stało się początkiem końca tegorocznego festiwalu, ukazując za to solidarność i sprzeciw polskiej sceny muzycznej.

Zamiast opolskiego festiwalu jest festiwal cudów. Najpierw, upadająca niczym kolejne klocki domina, rozpiska artystów wycofujących co rusz swój udział. Następnie niespotykany skok na Trójkowej Liście Przebojów (o 29 pozycji) piosenki Pismo. Utwór który w telewizji polskiej nazwać można już zakazanym, zakończył podróż na 3 miejscu w rankingu Polskiego Radia. Tylko skąd właściwie te emocje? Zadumana, bardzo mądra zresztą piosenka Dr. Misio nie została zdyskwalifikowana za melodię czy słowa, ale teledysk którego charakter określony został jako nieemisyjny. Zresztą, zobaczcie sami.



Muzykom zarzucono brak walorów artystycznych w przedstawionym klipie. Ze swojej strony powiedzieć mogę, że sam teledysk uważam, za zgrabnie ugrany kompromis między kontrowersją i poruszającym przekazem. Chwytliwa melodia i interesująca forma zdecydowanie idą w parze z przesłaniem, i chociaż całość to typowy protest song, nie jest tak pretensjonalne jak Nienawidzę Cię Polsko Mozila czy Szara Flaga Peszkowej.

Na tle całości płyty Pismo jawi się zdecydowanie jako najbardziej interesujący numer. Porównywalnie mocno łapie za serducho tytułowy utwór Zmartwychwstaniemy. Klimat jest znacznie bardziej przygaszony niż na poprzednich krążkach. Dr. Misio zwykle traktuje się z przymrużeniem oka, jednak Jakubik, na którego występy bez spodni spoglądać można z rozbawieniem, pod warstwą przyjaznej, punkpopowej osłonki przemyca teksty wcale niepozbawione ambicji. Całość jednak zwykła być wieńczona energią, młodzieńczą werwą. Najnowsza płyta zespołu jest zdecydowanie bardziej zadumana, chociaż nadal nie brakuje buntowniczych numerów. Mimo kompozycji które często nie prezentują się szczególnie oryginalnie Jakubik urzeka słuchacza swoim ochrypłym, oddanym wokalem. Przykładem jest Bądź moim Googlem, temat ograny już przez Julię Marcell czy Fisz Emade. Finalnie płyta jest zdecydowanie bardziej zamyślona, niż rozrywkowa. 

Nie potrafię stwierdzić czy Dr. Misio w wersji nostalgicznej się sprzeda. To co na płycie ujmuje melancholią, na koncertach potraktować można jako utwór do gniewnego pogowania. Czy jest to płyta dobra? Nie wiem. Na pewno jest to płyta potrzebna.





-Koro

Pogoda nie wydaje się najfortunniejszym początkiem wprowadzenia do relacji, jednak pewnie każdy kto chociaż raz zdecydował spędzić majówkę ...

Pogoda nie wydaje się najfortunniejszym początkiem wprowadzenia do relacji, jednak pewnie każdy kto chociaż raz zdecydował spędzić majówkę na festiwalu przyzna, że klimat tych dni tworzy przede wszystkim słońce, zimne piwo i zapach skwierczących dań przygotowywanych w foodtruckach. To wszystko staje się otoczką dzięki której koncerty przeżywa się w przyjemniej atmosferze nadchodzącego lata. Tego roku jednak pogoda nas nie rozpieszczała a niebo nad Wrocławiem zwiastowało, że w każdej chwili spaść może deszcz. Dlatego też tegoroczna 3-majówka, bardziej niż piknikowego formatu, nabrała przede wszystkim wymiaru koncertowego.


Wybór koncertów opisanych tutaj będzie mocno osobisty gdyż nie na wszystkich jednocześnie być mogłam i chciałam. Majówka już od kilku lat hałasuje nie na Wyspie Słodowej ale przy, i w Hali Stulecia, dzięki temu artystów słuchać można na więcej niż jednej scenie. Do dyspozycji oddane zostały trzy: duża cena na Pergoli, mniejsza w Hali Stulecia oraz najbardziej kameralna i najrzadziej używana scena Chilloutu. Może to kwestia dorastania, ale znacznie chętniej wybierałam w tym roku mniej wykrzyczaną scenę Hali Stulecia, ponad pogo Pergoli, bo i muzycy którzy grali na mniejszej scenie byli w tym roku szczególnie interesujący. 

2 maja lekko spóźniona wpadam na wyczekiwaną Julię Pietruchę, więc i na scenę spoglądałam z oddali. Bałam się, że oczekiwania względem artystki zepsują mi trochę wizję koncertu, zostałam jednak absolutnie zaczarowana postacią która skromnością i urokiem podbiła serca publiczności. Niczym porcelanowa lalka w kwiatowej sukience śpiewała utwory z płyty Parsley, niektóre z radością która wyburzać mogła ściany, inne z intymną melancholią. Kiedy zamykało się na chwilę oczy przysięgam, że ten wokal pomylić można było z Lenką czy Agnes Obel. Poza swoimi utworami Julia Pietrucha wykonała także cover piosenki Home.  Niesamowita moc kryje się w tej filigranowej blondynce, której koncert jednak nie pasował zupełnie do ciemnego, monumentalnego budynku Hali Stulecia. Parley kojarzy mi się właśnie ze środkiem lata, zatem tylko wyobrażać mogę sobie jak musi brzmieć w nieco bardziej słoneczny dzień na Pergol. Bo jeżeli muzyka może być podróżą, to Julia Pietrucha przenosi na szumiące plaże Oceanii. Kończy swój występ, a ja już nie mogę doczekać się powtórki na Openerze.



Następny w moim line-upie jest Czesław Śpiewa, który miał wystąpić chwilę później, również w Hali. Pomiędzy udało mi się zahaczyć o końcówkę koncertu Strachów na lachy. Grający tradycyjnie na Pergoli porywali tłumy kotłujące się w pogo. Chociaż do Strachów posiadam niesłabnący sentyment, jest to jeden z zespołów z których się wyrasta. Wyrosłam już i ja, zatem ciężko mi stwierdzić czy to charyzma Grabaża zbladła od czasów mojego pierwszego razu ze Strachami, czy to ja wyszalałam się już przy nich wystarczająco. Niemniej Raissa która od zawsze była moją faworytką w ich repertuarze była miłym zaskoczeniem na koniec koncertu. Pożegnalnie wykonali też premierowy materiał- piosenkę Twoje motylki lżejsze niż puch

Wracam Hali i oczekuję na najbardziej uroczą i pełną sprzeczności postać polskiej sceny, Czesława Mozila. Kto ze zgromadzonych miał przyjemność brać udział we wcześniejszych koncertach muzyka wiedział, czego oczekiwać. Mozil z aktorskimi aspiracjami równoważy muzykę z ilością wygłaszanych do publiczności kwestii. Nie inaczej było w tym przypadku. Muzycy rozpoczęli koncert od magicznego Trzeba mieć specjalną skrzynię. Dalej już repertuar zdominowany został przez Księgę Emigranta oraz Czesław Śpiewa & Arte de Suanatori. Szatkując utwory Czesław częstował publiczność swoimi opiniami i trafnymi, błyskotliwymi spostrzeżeniami przede wszystkim na temat ludzi. Z rozbrajającą płynnością przechodził od uroku bałwanka Olafa po gniew księgi emigranta, więc i publiczność balansowała pomiędzy śmiechem z wyprowadzanych przez niego uwag, a wzruszeniem, kiedy przemycał piosenki z Popu. Te ostatnie, wraz z Maszynką do świerkania, zawsze cenię najbardziej na jego koncertach ze względu na osobliwy i przytulny klimat jaki tworzą. Całość jednak skrojona została rockowo i potężnie. Potęgując muzyczne napięcie mogę stwierdzić bez wahania, że koncert Czesław śpiewa był miażdżący.



Nie po drodze było mi zawsze z muzyką Happysadu więc końcówkę ich koncertu zaliczyć mogę do udanych, bardziej odczytując reakcję publiczności niż własne upodobania. Gwiazdą wieczoru w moim line-upie stał się zespół który na scenę Pergoli wkroczył po Happysadzie. W tym samym czasie w Hali grał Hunter i Jelonek, tymczasem na dużą scenę o 20 wpadło Rebel Babel Ensemble. 30 ludzi z nieposkromioną energią na scenie było prawdziwym szaleństwem. Orkiestra ze Słupcy, L.U.C i goście niemal roznieśli, w trochę ponad godzinę, dużą scenę. W odwiedziny wpadli na scenę Marcelina, Czesław Mozil i Joka. Wszyscy gościli już w różnych projektach wrocławskiego rapera więc przyjemnością było zobaczyć ich na jednej scenie. Poza repertuarem z płyty Dialog I orkiestra zagrała i zaśpiewała Czarną Wołgę Marceliny, Mam trzy latka Czesława i tradycyjnie już, jak przystało na ich koncerty, pożegnała się dwoma utworami L.U.C. Był to mój trzeci, najbardziej spektakularny i zdecydowanie najlepszy koncert Rebel Babel, chociaż przy takich spotkaniach człowiek zwyczajnie wie, że będzie dobrze.


Tym koncertem zakończyłam swój dzień, niezwykle zresztą udany, na wrocławskiej majówce. Na dużej scenie Lady Pank zabrało jeszcze publiczność w sentymentalną podróż, jako ostatni tego dnia zespół na Pergoli. Natomiast granie w Hali Stulecia trwało jeszcze w najlepsze przy akompaniamencie kolejno Renaty Przemyk, 5'Nizza, Natalii Przybysz i Łąki Łana.

Ostatni dzień festiwalu pełen był niemniej interesujących artystów. Szaleństwa na Pergoli rozpoczął występ Luxtorpedy, następnie na scenę wkroczyła Coma. W tym samym czasie w Hali Stulecie koncert rozpoczynał Piotr Zioła. Zaraz po nim na scenę w wielkim stylu wskoczyć mieli muzycy od których występu rozpoczęłam ten dzień- żonglujący słowami Łona i Webber.



Tłumy zebrały się aby poskakać przy tym pełnym polotu rapie. Przy akompaniamencie muzyków z The Pimps liryczne szaleństwo podbijało serca zgromadzonych. Trzeba przyznać, że panowie zaserwowali wzorowe show, porywając zarówno tych którym dobrze znane były ich sentencje jak i festiwalowiczów przybyłych na występ z czystej ciekawości. Ostatnie takty i rymy ucichły, by zrobić na scenie miejsce dla damy polskiej piosenki- Katarzyny Nosowskiej.



Mocny i transowy- te słowa najtrafniej opisują występ liderki zespołu Hey. Rozczulająca postać, która nieodzownie kojarzy mi się z matczyną dobrocią. Skromna i pełna luzu, dowcipna- po prostu urocza. Chociaż muzyka bardziej niż subtelna była gotycka i romantyczna, głos Nosowskiej potrafi rozdzierać wnętrze na pół. Do pobujania z przymrużonymi oczami- idealna.



3-Majówka jest festiwalem pełnym muzycznym kontrastów, a następny występ w Hali Stulecia miał to tylko potwierdzić. The Toy Dolls, relikt przeszłości angielskiej sceny punkowej z lekkim poślizgiem zmienili na scenie Katarzynę Nosowską. Z rozczuleniem obejrzałam początek ich występu, bo czystą radość budzili ci podstarzali panowie w ufarbowanych na czerwono włosach. Naturalność z jaką szaleli zaskarbiła im sympatię widzów, którzy odpływali jednak powoli by zająć miejsca w oczekiwaniu na gwiazdę dużej sceny- Brodkę. Na tle psychodelicznego oka dużej sceny artystka wystąpiła z repertuarem z najnowszego krążka, nie zapominając jednak o starszych numerach. Doskonale prezentowała się w ciemności przecinanej jedynie hipnotycznymi światłami, bo i jej muzyka perfekcyjnie rezonowała z atmosferą Pergoli. Obawiałam się, że stała się zbyt alternatywna by grać starsze piosenki, jednak zaserwowała perfekcyjną dawkę najnowszych utworów z Clashes, przeplatanych utworami z Grandy i starszymi dokonaniami jak Varsovie czy Dancing Shoes.  Skocznie, tanecznie z dziewczęcym przytupem a jednocześnie na tyle oryginalnie, że ten koncert wspominać będę zdecydowanie miło.



Z końcówki Brodki czmycham z lekkimi wyrzutami sumienia by zdążyć na początek wybrzmiewających już w Hali Stulecia Fisz Emade Tworzywo. Diametralna zmiana klimatu, jednak niemniej klimatyczna, którą zakończyłam też tegoroczny festiwal. Na line-upe tego wieczoru zagościł jeszcze Krzysztof Zalewski i O.S.T.R, na których jednak nie udało mi się zjawić.

Podsumowując- dobór tegorocznych wykonawców był doborowy. Znalazło się mnóstwo powodów by wyszaleć się w pogo dużej sceny, jednocześnie zaspokajając fanów nieco innych brzmień w Hali Stulecia. Różnorodne gatunki, ciekawe formy i mnóstwo muzycznych doświadczeń to niekłamany atut 3-Majówki. Ze strony organizacyjnej nie miałam żadnych zastrzeżeń. Koncerty odbywały się w większości na czas, ze wszystkich na których udało mi się być jedynie w przypadku The Doy Dolls nastąpiło około 20 minutowe opóźnienie. To, czego  jestem pewna to fakt, że każdy występ był równie zapamiętały i bez wahania przyznam- na tegorocznej majówce nie miałam do czynienia z ani jednym koncertem który określić mogłabym mianem przeciętnego.

Już od kilku miesięcy z utęsknieniem zerkałem na ziarenka piasku w mojej klepsydrze. Odliczała czas do wypuszczenia Emperor of Sand . Niest...

Już od kilku miesięcy z utęsknieniem zerkałem na ziarenka piasku w mojej klepsydrze. Odliczała czas do wypuszczenia Emperor of Sand. Niestety w okolicach 31 marca piasek wysypał się, przywalił mnie na parę dni, nasypał się do oczu, do uszu... żeby nie piętrzyć dalej dziwnych metafor i nie owijać was dłużej w bawełnę – po prostu przespałem premierę albumu, na który czekałem od początku roku. Właśnie – ze wstydem muszę przyznać – przez moją nieuwagę recenzja, którą czytacie jest spóźniona. Nie zwlekajmy już zatem dłużej, tylko przyjrzyjmy się nowym szatom Cesarza Piasku.


Pierwsze dwa kawałki to znane już wcześniej single Sultan's Curse i Show Yourself. Pozwolę sobie podsumować je razem z trzecim singlem, Andromedą. Utwory zapowiadały jaki będzie Emperor of Sand. Każdy z nich pochodził z innego świata, a panowie z Mastodona wraz z producentem Brendanem O'Brienem zrobili świetną robotę łącząc te różne wymiary w jeden spójny album. Andromeda to stary, szalony, gęstszy od ołowiu Mastodon – na szczęście ani przez sekundę nie przywodzi na myśl głośnej ostatnio gry o bliźniaczym tytule. Sultan's Curse zaczyna historię i skupia się na opowiedzeniu jej przez zaakcentowanie wokali i wysunięcie ich przed rozgrzewające kark riffy. Na drugim biegunie brzmieniowym – w porównaniu z Andromedą nawet w innej galaktyce – jest niemal przyjazne radiu Show Yourself. Samo zestawienie tych tak odmiennie brzmiących nagrań na jednej płycie to historia rozwoju Mastodona w wersji mikro.


Przez opowieść przeprowadzają nas Precious Stones, które brzmi jak nagrane podczas sesji Crack the Skye i Steambreathera który z Andromedą konkuruje o tytuł kandydata w rywalizacji o najcięższy riff dziesięciolecia.

Roots Remain po (adekwatnie do tytułu) nawiązujących do korzeni zespołu pierwszych minutach niesie melodyjne momenty uspokojenia. Kiedy nagle wybucha solówka Brenta Hindsa, nie ma już czego zbierać. Wierność korzeniom słychać również w pełnym trotylu intrze utworu Word to the Wise, po którym pełen warstw brzmieniowych refren porywa do wspólnego śpiewania.


Śpiewne i wyeksponowane refreny to coś nowego w twórczości Mastodona. Można się do tego odnieść na dwa sposoby. Dla jednych jest to in plus bo wreszcie jest za co „chwycić” utwory już po pierwszym przesłuchaniu. Inni, którzy bezgranicznie rozmiłowani są w chaosie wczesnego Mastodona widzą tę przystępność jak bezczelną próbę dostania się do radia.
Ścieżka bębnów na Ancient Kingdom otwieranego przez pobrzmiewający lekko bluesem riff, rzuca na kolana. Przeszywająca uszy nawałnica, z której słynie zasiadający za zestawem perkusyjnym Brann Dailor nie ustaje podczas części zwrotki w której przypada mu partia wokalu wiodącego. Druga część sekcji rytmicznej, czyli dzierżący bas Troy Sanders lśni na Clandestiny. Solidny jak fundament, nisko nastrojony bas Sandersa przypomina wkład Jeana-Michela Labadie w dudnienie Gojiry. W bridge'u słychać nawiązania do złotych czasów Genesis z ery Petera Gabriela i sekcje vocoderowe prawie jak wyciągnięte z Die Mensch-Maschine formacji Kraftwerk.
O Andromedzie już mówiłem, ale chciałbym się jeszcze trochę rozpisać – riff wgniata do wnętrza ziemi, a prechorus wyrzuca na orbitę. Panowie udowadniają, że nie zapomnieli jak się robi połamane, wyskakujące nie wiadomo skąd na rozmarzonego słuchacza partie przełamujące rytm słuchania – wydawałoby się – dość przewyidywalnego utworu.



Charakterystyczne dla Mastodona jest zamykanie płyt kawałkami, które rozkręcają się niespiesznie, a kończą się podsumowując cały album progmetalową klamrą. Taką rolę na Emperor of Sand pełni utwór Jaguar God – melancholijnie sączące się dźwięki porywają jak dobry film. Piękny symboliczny wydźwięk mają zgrupowane w części końcowej uderzenia całej sekcji rytmicznej brzmiące jak bicie serca – z każdym urientujemy się, że coraz bliżej końca albumu, czy też przyjścia Cesarza Piasków.



TMLK

Zatraćmy się dziś choć na chwilę, zachęca Daria Zawiałow w swym debiutanckim albumie A kysz! Premiera początku roku 2017 nie okazała się p...

Zatraćmy się dziś choć na chwilę, zachęca Daria Zawiałow w swym debiutanckim albumie A kysz! Premiera początku roku 2017 nie okazała się pochłaniać bez reszty, ale stała się zwyczajnie dobrą popową produkcją, pełną lirycznego polotu. Choć tytuły niektórych utworów, jak i albumu, sugerować mogły nawiązania do folkloru, artystka sprezentowała zamiast tego przyjemną dawkę inspiracji polską sceną muzyczną. 


Cały album to skondensowana baza przeżyć i uczuć. Od radości po złość, przemieszane na krążku nastroje wahają się od urokliwego spokoju po fale spontanicznego gniewu. A wszystko to z miłości, bo tego czego ukryć się na krążku nie da to faktu, że większość piosenek oscyluje w ogół tego tematu. Nie brzmi to jak produkcja mogąca poszczycić się szczególną oryginalnością, ale dzięki zgrabnej grze słów zarówno fragmenty wykrzyczane, jak i te bardziej wyśpiewane nuci się z przyjemnością. 

A kysz! Otwierają dwa single - Malinowy Chruśniak i Kundel Bury. Pierwszy porywa tańcem dzikiej zmysłowości, i chociaż sama muzyka nieszczególnie delikatnie rozprawia się ze słuchaczem, warstwa tekstowa okrywa utwór płaszczykiem delikatnej intymności. Kundel Bury to dość radosny kawałek popu, który potraktować można jak piosenkę motywacyjną na pierwsze dni wiosny. Wiosennie jest też dlatego, że wszystkie piosenki pachną kwiecistymi stylami- Skupienie Julią Marcell, Miłostki Melą Koteluk, Lwy Moniką Brodką. Kronika dam współczesnej muzyki polskiej została przedstawiona przez Darię Zawiałow w ekscytujący sposób, pełen charyzmatycznego polotu. Artystka niczym magik z kapelusza wyciąga coraz to nowe fale, które porywały, i nadal porywają słuchaczy na ojczystym rynku. Zwłaszcza, że już za rogiem, trochę niespodziewanie a jednak zaskakująco miło wyłania się Chameleon, brzmiący zupełnie jak stary, dobry Hey. Po tej gonitwie inspiracji dobrze jest na chwilę zatrzymać się przy tej subtelnie zmęczonej kompozycji, by za chwilę wyruszyć w głąb reszty albumu. Bujający Król Lul, oraz Pistolet pozwalają skubnąć po kawałku z całego tego muzycznego tortu. Całą wyprawę przez A kysz! kończy natomiast, w stylu Edyty Bartosiewicz Niemoc. Gatunkowo A kysz! to także dość szeroka gama nastrojów. Od niewinnego popu, miejscami trochę wycofanego a trochę krzyczącego o atencje utwory przechodzą błyskawicznie w nieco bardziej zadziorny styl. Płyta, chociaż pełna jest kawałków do spokojnego pobujania, często nieobliczalnie wręcz ujawnia swoje dzikie, rockowe oblicze.

Apetyt rośnie w miarę słuchania, bo choć dość szybko do krążka Darii Zawiałow można się uprzedzić, warto poświęcić czas na dotarcie się z albumem. Na początku nie zachwyca, majacząc wtórnością popowego rynku, jednakże z czasem chce się więcej i więcej. Aż w odkrywanych niuansach dostrzeżemy poza sławami polskiej muzyki i samą artystkę, której styl, jeszcze nieśmiały i trochę zagubiony stara się zagrać  pierwsze skrzypce.



- Koro

Cześć Najmilsi! Jak widzicie zapominalskie z nas bestie, tak więc prezentujemy Wam dziś zarówno aktualne i zaległe wydanie Coś się popsuł...

Cześć Najmilsi!
Jak widzicie zapominalskie z nas bestie, tak więc prezentujemy Wam dziś zarówno aktualne i zaległe wydanie Coś się popsuło. Do przesłuchania nie tylko nasze dyskusje, ale także czysta muzyka w postaci rozszerzonych playlist.


Wydanie 14.03.2017

DALEKO I BLISKO


Konfrontacja w najczystszym wydaniu. A w niej całkiem spora dawka muzyki polskiej (nawet jak na nas), nieco rocka dla dorosłych, ale też kilka niespodzianek. Kto mógłby się spodziewać, że Mastodon to wcale nie dźwięki rodem z piekieł? Dlaczego The Connells są tacy sentymentalni? I nareszcie- czy hegemonia Czarka w końcu została przełamana? Przekonajcie się sami. 





Wydanie 21.03.2017

PIOSENKI KTÓRYCH NIE ZADEDYKOWAŁBYŚ KOMUŚ KOGO LUBISZ


Zdecydowanie najdłuższy w Cośsiępopsułowej historii (no i najbardziej zawiły) temat. Brzmi dość niemiło, ale odnajdziecie w tym odcinku utwory niezwykle przyjemne. Tylko się na nas nie obrażajcie, to nic osobistego.


Witajcie Najmilsi, pierwszy raz od wielu miesięcy nie przemawialiśmy we wtorek ze studia Uniradia, jednak sprezentowaliśmy Wam tego dnia ...

Witajcie Najmilsi,
pierwszy raz od wielu miesięcy nie przemawialiśmy we wtorek ze studia Uniradia, jednak sprezentowaliśmy Wam tego dnia nagraną wcześniej audycje.
 

Wydanie 07.03.2017

ZŁOTO



Złoto, złoto, złoto - tak brzmi stara krasnoludzka pieśń i taki też obraliśmy temat ostatniego Coś się popsuło. W eter powrócił, ozłocony Sting, ale też sporo innych golden hits. Playlista w tym tygodniu nieco skromniejsza w ilości piosenek, bo w końcu liczy się jakość. W przyszłym tygodniu konfrontacje- będzie złoto, będzie krew! Słyszymy się we wtorek o 21.00. Stay tuned.


Ahoj Kochani! Jak obiecaliśmy tak robimy- kompleksowo i błyskawicznie prezentujemy Wam odcinek Coś się popsuło który na tak zwanym lajwie z...

Ahoj Kochani! Jak obiecaliśmy tak robimy- kompleksowo i błyskawicznie prezentujemy Wam odcinek Coś się popsuło który na tak zwanym lajwie zagościł w zeszły wtorek.





Wydanie 28.02.2017

LUDZIE I ZWIERZĘTA




Reprezentantem człowieczej natury został w tym odcinku Czarek, mi natomiast przypadła część prezentująca życie zwierząt. Wydanie pełne ciekawostek, nieszczególnie zabawnych nawiązań i muzyki polskiej. Momentami robi się groźnie- ale zaświadczamy, że żaden prezenter nie doznał obrażeń przy tworzeniu tej audycji. Tradycyjnie też świeżutka playlista rozszerzona, w tej odsłonie będzie różnorodnie (ba, zaskakujemy tu samych siebie!), tak, aby każdy odnalazł skrawek CŚP dla siebie.

Cześć Najmilsi! Po dość długiej przerwie w trakcie której nie prezentowaliśmy Wam archiwalnych nagrań Coś się popsuło wraca...

Cześć Najmilsi! Po dość długiej przerwie w trakcie której nie prezentowaliśmy Wam archiwalnych nagrań Coś się popsuło wracamy z nową dawką audycji. I to jaką, bo aż potrójną! Wszystkie audycje tradycyjnie wysłuchać można na soundcloudzie, a ponieważ chcemy wraz z nimi sprezentować Wam jak największą ilość dobrej muzyki, do każdej dodajemy rozszerzoną playlistę, z utworami które nie pojawiły się na audycjach.




Wydanie 07.02.2017

ŚWIATŁO


W tym odcinku nie zabraknie płyty Editorsów In this light and on this evening, ale też innych sztandarowych wykonawców CŚP takich jak Thundercat czy Devin Townsend. Dla wszystkich którzy zarazili się wraz z nami miłością do zespołu Soen- Lucidity z najnowszego krążka zespołu.


  


Wydanie 14.02.2017 

BALLADY I ROMANSE



Walentynkowe konfrontacje, gdzie ballady i romanse mieszają się między sobą tworząc delikatną playlistę pełną softrocka. Co dobrego to jednak nie my, wszystko niszczymy w połowie pytaniem Love?


   


Wydanie 21.02.2017

POŻĄDANIE


Z klasą kończymy zimową przerwę zmysłowym tematem. Z porcją starszego (The mamas & the papas, Depeche Mode) i olbrzymią dawką nowości (Brodka, Lykke Li). Nic tylko słuchać!

W sobotę 18 lutego w klubie Kwadrat w Krakowie zagrali Leprous, Between The Buried And Me i Devin Townsend Project. Chciałbym się z wami po...

W sobotę 18 lutego w klubie Kwadrat w Krakowie zagrali Leprous, Between The Buried And Me i Devin Townsend Project. Chciałbym się z wami podzielić krótką relacją z tego wydarzenia. No i nie zapomnijcie posłuchać krótkiej playlisty, którą zamieściłem na dole. Najlepiej posłuchać w trakcie czytania.


Leprous – jako support mogli sobie pozwolić jedynie na krótki występ (zagrali jakieś pięć, czy sześć utworów). Każdy był wykonany tak precyzyjnie, jak tylko się dało – wykonali dobrą robotę. Słowo „robota” nie padło tu przypadkowo, bo występ wyglądał tak: weszli, zagrali, wyszli. Nawet gitary zmieniali w pośpiechu.

Nie chcę przez to powiedzieć, że koncert był nieudany. Umiejętności panów z Leprous są nie do zakwestionowania. Mam na myśli przede wszystkim bębniarza Baarda Kolstada, który za zestawem perkusyjnym po prostu króluje. Może to tylko taki image – twarze gitarzystów wyglądały jak sztywne maski. Pod pod względem okazywania emocji od reszty zespołu mocno odstaje wokalista Einar Solberg którego zaangażowanie w śpiewane teksty wzrastało z sekundy na sekundę. Szkoda tylko, że jego relacja z widownią ograniczała się do spojrzenia na nią i podniesienia ręki. Troszkę szkoda, bo żywiołowa reakcja zgromadzonych pod sceną wielbicieli na intro The Price upewnia mnie w przekonaniu, że nawiązanie więzi z zespołem nie byłoby trudne. Jeśli interesuje was bezbłędnie wykonana muzyka na żywo, to udanie się na koncert formacji Leprous jest na pewno dobrym wyborem.


Between The Buried And Me zaczęli grać o kilka minut wcześniej, niż się spodziewałem, przez co intro świetnego Fossil Genera – a Feed From Cloud Mountain wysłuchałem z kolejki do baru. Kiedy już dotarłem, trafiłem na koncert zagrany wzorowo pod względem podobieństwa do wersji z albumów. Tommy Giles Rogers ryczał jak potwór, Blake Richardson był idealnie zsynchronizowany z resztą zespołu i oświetleniem, żadna nutka nie została pominięta. 

Największym problemem było nagłośnienie. Miałem trudności z usłyszeniem czystych partii wokalu Rogersa – niby norma na takich koncertach, ale chwilę później głos Devina Townsenda docierał do mnie głośno i wyraźnie. Bolał również niedostateczny wolumen gitary Paula Waggonera, którego genialne pasaże ginęły gdzieś podczas najostrzejszych części utworów grupy. Betweeni wykonali swoją setlistę bezbłędnie, lecz na tle pozostałych dwóch zespołów, najgorzej wyszło im nawiązanie relacji z publiką. Prawdopodobnie wynikło to z tego, że dla słuchacza nieobeznanego z ich studyjnymi dokonaniami, ich muzyka jest zbyt skomplikowana i pełna zaskakujących kontrastów, żeby po prostu się do niej bujać. Ci, natomiast, dla których twórczość Betweenów nie jest obca, wiedzieli że do niczego nie można się do niczego przyzwyczajać, bo za chwilę klimat utworu może się całkowicie zmienić.

Gwoździem programu był występ Devin Townsend Project. Twórczość tej formacji to muzyka formalnie i technicznie najprostsza ze wszystkich granych tego wieczoru. Nie jest to w żadej sposób ujma na honorze zespołu. Jest wprost przeciwnie. Przez to, że muzycy – przede wszystkim mózg całej operacji, Devin Townsend – mogli skupić się na tym, aby zapewnić widowni niesamowitej dawki rozrywki.


Devin od lat podczas nagrań i wywiadów był dowodem na to, że heavy metal, czy nawet extreme metal, z poczuciem humoru są połączeniem skutkującym wysokooktanową dawką ekergii. Koncerty z jego udziałem to tylko ukoronowanie tego twierdzenia. Townsend mógłby zawodowo zajmować się stand-upem. Nie przeszkadza mu być przy okazji jednym z najbardziej wpływowych kompozytorów prog-metalowych. I perfekcyjnym wykonawcą swoich kawałków (zwłaszcza wokale są szczerze niezawodne). Nie wspominam już w ogóle o zaangażowaniu publiczności w występ – dystans do siebie, swoich utworów, do metalowych stereotypów to tylko kilka przykładów tego, co można było doświadczyć podczas koncertu. Co prawda natura nie pozwoliła mu zatrzymać jego włosów zbyt długo (co również skomentował), ale obdarzyła go twarzą, która jest w stanie wyrazić miliony emocji. W tym samym czasie. Wielu artystów dziękuje swoim ekipom podczas koncertów, ale tylko Devin wyciąga swoich roadie z zaplecza żeby podczas swojego największego przeboju Kingdom razem z nimi bawić się muzyką na scenie. Koncert z udziałem Devina Townsenda to niemal śmiertelna dawka świetnego hałasu i powalającego humoru. Jeszcze nigdy nie byłem pewien, że pójdę na koncert tego samego artysty za każdym razem, kiedy tylko zajedzie do Polski. 

Poniżej playlista składająca się z kilku utworów wykonanych tego wieczoru:



TMLK

Lykaia , najnowszy album formacji Soen , spełnia oczekiwania – jest tym, czego się spodziewaliśmy po usłyszeniu singli. Oznacza to jednak, ...

Lykaia, najnowszy album formacji Soen, spełnia oczekiwania – jest tym, czego się spodziewaliśmy po usłyszeniu singli. Oznacza to jednak, że w pewnym sensie odniosła małą porażkę: nie zaskoczyła mnie niczym. Miałem też jednak wrażenie, że nie próbowała. Jest przez to „tylko” naprawdę świetnym albumem, nie zaś arcydziełem.
Lykaia to święto religijne w starożytnej Grecji, podczas którego miały dziać się straszne rzeczy. Począwszy od składania ofiar z ludzi, poprzez kanibalizm, na zmianie niektórych uczestników w wilkołaki kończąc. Nie bez przyczyny na okładce płyty widnieje wilczy pysk. Soen odnosi się do tych obrzędów przyrównuje je do współczesnej religii. Obraz Lykaii służy zespołowi za alegorię: „religijność, nawet jeśli miałaby najlepsze zamiary, ciągnie za sobą mrok, lub może nawet prowadzić do zła”. Poszczególne utwory dotykają tego zagadnienia z innego punktu widzenia.
Brzmieniowo Soen od samego początku działania trzyma się stylu, który porównuje się do połączenia amerykańskiego Toola i szwedzkiego Opeth. Taka tendencja ewidentna jest też na Lykai, choć utwory jak singiel Lucidity czy zamykający krążek Paragon sygnalizują zafascynowanie melancholią nawiązującą do Pink Floyd. Mówię to myśląc w szczególności o tym drugim kawałku łączącym śliczne brzmieniu organów Hammonda i delikatnej gitary, która niesie główny temat i wzruszającej partii solowej. Nie brak też odniesień do muzyki bliskiego wschodu, która jednoznacznie wpasowuje się w okołoreligijną tematykę nagrania. Odsyłam tu do cody kawałka Jinn przenoszącej na pustynię, przez którą Izraelici posłani byli przez Boga na czterdziestodniową wędrówkę.
Głównym zarzutem, jaki mam do Lykai jest zbyt regularna konstrukcja piosenek. Panowie oczywiście nie są popowi, ale podczas odsłuchu nie pojawił się we mnie nawet cień niemożliwego do nazwania uczucia, które znane jest tylko słuchaczom muzyki progresywnej. Podczas słuchania naprawdę monumentalnych progrockowych dzieł powinien zdarzyć się moment, który idealnie opisuje ilustracja (pożyczam ją z facebookowego profilu World Prog-nation):

Zdaje się, że na Lykai więcej niż na poprzednich nagraniach Soen położono nacisku na tekst i śpiew. Problem tkwi w tym, że partie instrumentalne są znacznie wymowniejsze niż słowa. Wersety są nieco oklepane i nie zawsze wnoszą do umysłu odbiorcy tyle, ile śpiewający je z przejęciem Joel Ekelöf by sobie życzył. Dopiero kiedy słyszymy te obfite soundscape'y, dociera do nas pełny obraz.

Słowem podsumowania: jeśli Cognitive i Tellurian były muzyką w waszym typie, na pewno nie możecie sobie odpuścić Lykai. Pochłoną was przestrzenne refreny, świetna praca sekcji rytmicznej (Martin Lopez i Steve DiGiorgio jak zawsze wiedzą, co robią) i wszechobecna atmosfera.

Poniżej playlista z moimi ulubionymi ścieżkami z Lykai i kilkoma kawałkami z poprzednich albumów:

Ahoj Kochani! Dla wszystkich tęskniących za naszymi małymi muzycznymi bitwami (bądź też jeżeli z różnych powodów przegapiliście którąś au...

Ahoj Kochani!
Dla wszystkich tęskniących za naszymi małymi muzycznymi bitwami (bądź też jeżeli z różnych powodów przegapiliście którąś audycję) mamy archiwalne wydania Coś się popsuło.



Wydanie 24.01.2017




Bywają słodkie, chociaż te wielkie nie kojarzą się już wcale tak miło. O czym mowa? Koniecznie odsłuchajcie tego wydania! Wraz z nim rozsądna dawka polskiej muzyki, choć jest też softrockowo i psychodelicznie. Nie obeszło się (a jakże) bez dawki progresywnego szaleństwa.



 

Wydanie 31.01.2017 KONFRONTACJE





Dla miłośników mocniejszych wrażeń przygotowaliśmy naszą ostatnią odsłonę audycji z cyklu Konfrontacje. Rewolucja walczy z tradycją, a my trochę mniej spektakularnie ze sobą nawzajem. Specjalnie dla Was zamieszczamy również specjalną rozszerzoną wersję playlisty.



AFI po raz pierwszy od dwóch albumów nie wydali najgorszej płyty w swojej dotychczasowej historii. Miejmy nadzieję, że to początek powstaw...

AFI po raz pierwszy od dwóch albumów nie wydali najgorszej płyty w swojej dotychczasowej historii. Miejmy nadzieję, że to początek powstawania z kolan i do kolejnego Burials już nie dojdzie.


Moje odczucia do Blood Albumu zmieniały się nie jeden raz. Momentami (np. podczas słuchania So Beneath You czy Dumb Kids) budził się we mnie dzieciak, który po raz słyszał All Hallows czy Sing The Sorrow. Niestety chwilę później zastanawiałem się czy nie przełączyłem się przypadkiem na radio dla nastolatek ze złamanym sercem. I tak w kółko. Ktoś złośliwy powiedziałby, że około połowa płyty to niezbyt wysmakowany współczesny pop-rock.
Żeby nie było ciągłego narzekania: podoba mi się muzycznie strona, w którą zmierza Blood Album. Trochę nostalgii, nawiązań do Black Sails In The Sunset, trochę do Sing The Sorrow i późniejszych i jeszcze kilka eksperymentów. Następnym krokiem powinno być zatroszczenie się o to, że te eksperymenty się powiodą. Baza jest solidna – wielościeżkowy aranż Jade'a Puget'a to nadal mój ulubiony sposób instrumentacji post-punku. Tyle, że na Blood Albumie Jade sprawia wrażenie rozleniwionego, jakby trochę mu się już nie chciało. Da się to wywnioskować po ich podejściu do nagrywania. W piątek, w dniu premiery płyty, członkowie grupy komentowali poszczególne ścieżki. Zaskakująco często padały tam kwestie typu „graliśmy sobie coś tam i tak powstał kawałek xxx”. To świadczy o braku wstępnego pomysłu, nowej motywacji.

 

Najgorzej wyglądają teksty. Havok pomimo czterdziechy na karku pisze zwrotki bardziej infantylne. Problem tkwi w tym, że nie zawsze tak było: pan Davey Havok wyraźnie się uwstecznia. Dawniej teksty, jakkolwiek pretensjonalne, były metaforyczne w jakiś sposób subtelne. Obecnie słyszymy tylko o złamanych sercach i kolejnych wtórnych problemach związkowych.

Pogodziłem się już z myślą, że nie będzie już albumu AFI tak kompletnego jak Sing The Sorrow. Nawet z tym, że każdemu następnemu krążkowi będę musiał trochę wybaczyć. Że panowie nie stworzą albumu, który będzie od początku do końca dobry. Moja relacja z nimi byłaby łatwiejsza, gdyby po prostu przestali pisać dobre kawałki, a zrobili płytę, na której nie mógłbym znaleźć ani jednej dobrej sekundy. Wtedy bym odpuścił.

TMLK

Miasto zwalnia. Audycja kończy się, a powroty do domu stają się przeżyciem niemalże metafizycznym. Całość rzeczy podlega procesowi sukcesyw...

Miasto zwalnia. Audycja kończy się, a powroty do domu stają się przeżyciem niemalże metafizycznym. Całość rzeczy podlega procesowi sukcesywnego wyciszania. Trochę jak zmiana radiowej playlisty, trochę jak przyciszanie końcówki piosenki. Mikrokosmos rozmywających się świateł miesza się z wypuszczaną parą z ust, a leniwa melancholia rozlewa się po ciele. Ulice powoli przemierzają ci, którzy pójść nie mają gdzie. Zimowo-nocny Wrocław przecinam niczym ostatni człowiek świadomy nadchodzącej apokalipsy. Samotność w świecie i we mnie miesza się, a mostem pomiędzy staje się doskonale skrojona ścieżka dźwiękowa. Całym stanem rzeczy można się zwyczajnie rozkoszować.



Podchodząc do twórczości artysty nazywającego się Daniel Spaleniak spodziewałam się raczej innej wersji Dawida Podsiadło. Z radością odkryłam, że nie mam do czynienia z odsłoną indie przerobioną na standardy naszego domowego podwórka, a zupełnie świeżym, nie wołającym o atencje konceptem tworzenia muzyki na polskiej scenie. W dyskografii artysty znajdują się na razie dwie EPki i dwa longplaye, i tak jak te pierwsze odnaleźć ciężko, tak krążki Dreamers i Back Home hipnotyzują niemalże na wstępie. Albumy spotkały się z zainteresowaniem nurtu polskiej alternatywy, chociaż nie doczekała się zasłużonych fajerwerków. Z jednej strony szkoda, z drugiej podtekst niszowości dodaje słuchaniu tylko uroku.

Sukces The xx utwierdził rynek w przekonaniu, że wśród walki o słuchacza potrafiącego skupić się  z uwagą złotej rybki, którego zaskakiwać trzeba melodyjnie każdym taktem, spragnieni jesteśmy brzmień które wymykają się temu pojedynkowi. Muzycznie Dreamers i Back Home tkwią gdzieś pomiędzy smętnym spokojem londyńskiej trójki, a monotonią codzienności Brad Sucks. Na niezwykłość brzmienia wpływa fakt, iż podczas nagrywania (przynajmniej w wypadku Dreamers) rolę studia pełnił pokój muzyka. Co z jednej strony wpłynęło na wyjątkowość dźwięków, z drugiej na indywidualny charakter i atmosferę odosobnienia, w której krążki skąpane są niczym w gęstej, porannej mgle. 

Więź emocjonalna jaką nawiązałam z albumami Daniela Spaleniaka to relacja dość intymna, bo taki charakter ma też sama muzyka. W Dreamers instrumentalny Black Notebook doskonale wprowadza do dusznych dźwięków, których szarością zabarwiona jest cały album. Full Package of Cigarettes to jeden z wielu moich faworytów, samotność w wydaniu amerykańskiego romantyzmu, czarna kawa, chłodny wiatr i papieros na parapecie. Utwór zwieńczony chwytliwym

Yes I'm a lonely lonely man

zdaniem, który stanowi  doskonałą kwintesencje całej płyty. House of Fire i Nothing to do ocierają się o twórczość zimnego nurtu, gdzie wokal mruczy gdzieś w głębi a nas porywają już ambientowe fale na Why. Przytulne brzmienia prowadzą do My name is Wind, wciągające melodie intrygują i przytulają zarazem. Jeżeli jakiś problem należałoby muzykowi zarzucić, byłaby to Insomnia,  której zabarwione nutą triphopu przestrzenie prowadzą do finałowego Dreamers. Cały album jest dobry, chociaż odczuć można, że debiutancki. Raczej jesienny, dlatego z moim nastrojem i gustami rezonuje znacznie bardziej zimowy krążek Back Home. Piękne I'm falling down, wciągające w mroźny sen intro zabiera w subtelne udręki Dear love of mine, uczucia i pragnienia zamknięte w cichym bólu. Żegnające się z oniryzmem Talk a walk and never come back zagubione i bliskie, z którego wysuwa się

And never go back and never be alone 

Lekka magia kobiecości łączy się z bólem istnienia na Back Home z udziałem Katarzyny Kowalczyk, gdzie uciekające dźwięki muskają niekiedy kompozycje Fever Ray. My friend unosi nas wprost na ponure Yes, I think this is the end, gdzie niepewność otacza z genialną delikatnością. Dreszcz przeszywa wraz z początkiem North, a rozpoczynające się w stylu Massive Attack Night wychodzi dumne z melancholii utkanej przez poprzedników, jawiąc się z rozczulającym smutkiem. 

Przy tworzeniu perfum kluczowe znacznie ma nuta głębi, nadająca całości osobowość. Za  tę głębię w przypadku twórczości Daniela Spaleniaka uznaję samotność. Harmonijna i pogodzona, nadaje utworom nie tylko brzmienie wyczerpania, ale pozwala muzyce zwyczajnie zaufać. Niezależnie od sączących się zwrotek dopasować można panującą szarość do własnych standardów. kiedy tkwimy w odosobnieniu pełnym ambiwalencji odczuć. Jest ponuro i pusto, chociaż znajdą się tam także drobne radości które w tej przedziwnej symbiozie jawią się niczym zbawienne. Inne podszyte będą zawsze milczącym w spokoju smutkiem, prowadzącym do przedziwnej refleksji, że samotność może być uzależniająca.


Zacznę tekst takim szokującym stwierdzeniem: słyszałem Burials, ale nadal AFI ma moje zaufanie. Tylko dzięki singlom zapowiadającym kolejn...

Zacznę tekst takim szokującym stwierdzeniem: słyszałem Burials, ale nadal AFI ma moje zaufanie. Tylko dzięki singlom zapowiadającym kolejny album. Zmiany stylu wreszcie obrały dobry kierunek, tj.: trochę do tyłu w czasie, do przodu w pomysłowości. Pomimo, że ilość muzyczności na sekundę materiału nie jest tak duża jak bywała za dawnych czasów, zapowiada się tendencja wzrostowa w porównaniu do dwóch poprzednich albumów.



Dziś chciałbym omówić po krótce single, które promują nadchodzący album grupy AFI zatytułowany AFI, choć w tym tekście określać go będę drugą przyznaną mu nazwą: The Blood Album.
Kiedy zobaczyłem tytuł pierwszego – Aurelia – spodziewałem się gotyckiej opowieści. Pierwsze brzmienia też ją zapowiadały, ale po pierwszym refrenie usłszeliśmy już wszystko, co kawałek miał do zaoferowania. Czymś takim swoich słuchaczy zaspokoić może Panic! At the Disco, dla Havoka i spółki to tylko rozgrzewka.


Dobrą wiadomością jest to, że panowie znów nie boją się być dziwni i niepokojący. Ujawnione na Spotify fragmenty AB-, A+ i 0- kojarzą mi się mocno z The Spoken Word między ostatnim utworem a hidden trackiem na Sing The Sorrow (różniących się od siebie w zależności od wersji albumu). Podejrzewam, że nazwane od grup krwi utwory pojawią się na Blood Albumie pomiędzy utworami w podobnym klimacie.
White Offerings przypomina o punkowych i metalowych korzeniach wczesnych albumów. Praca gitary Jade'a Pugeta znów potrafi posłać kilka nostalgicznych ciarek po kręgosłupie. Chórki w trakcie bridge'a sięgają nawet głębiej: do czasów, kiedy panowie zapatrzeni byli jeszcze w Misfitsów.


Snow Cats to już w stu procentach wykorzystanie nostalgii. Każdy poszczególny element nawiązuje do Sing The Sorrow w jak najlepszy sposób. Śpiewny refren z typowym dla AFI świetnym wykorzystaniem metrum 3/4. Po nim druga zwrotka, której podgrywa tylko bas, żeby przez kontrast nadać nadchodzącemu refrenowi większej mocy. Znowu chórki. Potem więcej. I więcej, i więcej. To chyba najlepsza zapowiedź jakiej mogłem od AFI oczekiwać po rozczarowaniu jakim było Burials.
Oczekuję:
  • pamięci o starych fanach i powrotu do dawnego blasku ze świeżymi pomysłami

Boję się, że:
  • dostanę kolejne Burials, które też miało dwa dobre single (chociaż nie aż tak dobre)



TMLK

Niedawno ekipa Facebooka podzieliła się ze światem wiadomością, iż na podstawie przeanalizowania aktywności użytkownika potrafi stwierdzić,...

Niedawno ekipa Facebooka podzieliła się ze światem wiadomością, iż na podstawie przeanalizowania aktywności użytkownika potrafi stwierdzić, kiedy ten się zakochuje. Rzeczywistość nieustannie rozszerza się o pierwiastek wirtualny, kiedy dni odmierzają powiadomienia na Tinderze, a miesiące płyną wraz ze otrzymanymi Snapami. Kiedy każde wzruszenie i złość ląduje na gifie lub wideo, pewnego razu Julia Marcell odkryje przed nami prostą prawdę, że ekran iPhone'a nie otuli nas w mroźną, zimową noc. 



8 utworów, 34 minuty nie wydają się specjalnie kuszącą ofertą na wydanie 4 dyszek. Na szczęście tylko do pierwszego przesłuchania, ponieważ dzięki okrojonej liczbie piosenek każda doskonale zapada w pamięć. Wszystkie, wyjątkowo jak na artystkę, zaserwowane zostały po Polsku, przez co warstwa instrumentalna kręci się gdzieś z tyłu głowy, pozwalając pierwsze skrzypce grać doskonałym tekstom. Proxy, bo tak zwie się album,  to przede wszystkim słowa, zgrabne złożone, błyskotliwie sklejone rymy prostych przemyśleń. Pełne celowego, acz bezpretensjonalnego kiczu, dawkowanego tak rozsądnie, że piosenki pochłania się łapczywie. Chociaż album porywa bez pamięci wprawiając w oszalały stan przedziwnej jak na teksty radości, to słowa chce się wykrzyczeć często z rozczulającym smutkiem. Gdzieś przy końcu można zapłakać, a potem westchnąć z zachwytem.

Płytę rozpoczyna melodyjne Tarantino, gdzie chwytliwe, acz nieoczywiste rymy są pretekstem do spotkania ślepego umiłowania piękna przeciwstawionego fatalistycznym biblijnym obrazom. Zabawnie i poważnie, zahaczając o utwory Lombardu i Urszuli, i to w jednym wersie!

 Dmuchawce, latawce wiatr, pode mną z Ikei świat, szyby niebieskie od telewizorów


Następny na trackliście jest mój osobisty faworyt, Tesko, erotyk na miarę XXI wieku. Demaskuje nature, taką prostą, bo ludzką- że pożądanie można odczuwać gdzieś pomiędzy lodówką zapełnioną kabanosami jedynak i serem lazur. Marzenie o prostej miłości, która rzuci nami o półki supermarketu. Refren

Płonę, płonę, płonę, kochaj mnie kochaj mnie mnie kochaj mnie kochaj 

idealnie wpasowałby się w relikt przeszłości jakim był TVNowski serial Magda M. Kiedy pastisz nie był jeszcze odgrzewany kilkanaście razy w roku, tworząc rozrywkę dla może nie tak wysublimowanych intelektualistów klasy średniej. Przy okazji artystka rozbraja nas tylko jednym, niezbyt skomplikowanym zdaniem. Wszystko w tym utworze jest rozczulające, proste. Forma żartowania z rzeczywistości nie wtargnęła na teren zadumy i wrażliwości, chociaż nie brak tu wykpiwania rodem z Chleba Masłowskiej czy wyznania (prośby?) z Peszkowej Szarej Flagi. W całej tej prostej historii prostego uczucia roztapia się niezależność, aż człowiek ma ochotę się tak po prostu, po ludzku, zakochać.

W Więcej niż Google dostajemy wyznanie na miarę nowoczesnej dziewczyny, bo statystycznie, im więcej wiadomości tym i uczucie mocniejsze. Ocierając się na chwilę o dziewczyński pop, smutno i prześmiewczo autorka wyznań mówi:

Jestem starsza codziennie dokładnie o jeden dzień

Ministerstwo mojej głowy stanowi poniekąd kontrast z poprzednim utworem. Więcej niż Google to zwykła dziewczyna zajęta prostymi sprawami internetowo- uczuciowymi, tutaj natomiast nie ma już miejsca dla tak banalnych zwierzeń. Zgrabnie oddaje jak podobnie bezradny jest człowiek zakochany, otwierając się przed kimś wszystko otrzymuje szczery i nieuchronnie błagalny wymiar. Następnie Julia Marcell z dziewczęcą delikatnością wznosi nas ku Markowi. Lekka niczym tańczący na wietrze dmuchawiec zahacza o kruchość w stylu Meli Koteluk.


Wstrzymuję czas głaska synth pop, przechodząc w chwytliwy Tetris. Te dwa utwory stanowią trochę strefą buforową pomiędzy końcowym Andrew. Snujące się muzyczne przestrzenie poruszają zaskakująco i bez możliwości obrony. Przejmująco smutny hymn samotności, która nieproszona wdziera się nawet kiedy twarz rozświetla ekran smartphona.

Płytkie teksty, proste melodie, przyziemne sprawy. A pomimo tych zarzutów najnowsza płyta Julii Marcell otarła się o order zasług dla polskiego przemysłu muzycznego roku #2016. Proxy jest tytułem w którym niebanalność łączy się z prostotą, zabawa goni powagę, a żart odkrywa refleksje. W końcu Proxy to przede wszystkim przewodnik - dedykowany nieuporządkowanej dziewczynie próbującej odnaleźć się w świecie ciągłego dostępu.


To, co trudno powiedzieć, czasem łatwiej wykrzyczeć. Przy akompaniamencie wybornie paskudnego gitarowoperkusyjnego hałasu. Kosztem estetyki...


To, co trudno powiedzieć, czasem łatwiej wykrzyczeć. Przy akompaniamencie wybornie paskudnego gitarowoperkusyjnego hałasu. Kosztem estetyki, wrażenie szczerości uczuć uformowanych w krzyk jest znacznie silniejsze niż w utworach zaśpiewanych, z braku lepszego określenia, zwyczajnie. Ale nie zawsze musi być pięknie.

Przeglądałem koncertowe wydarzenia, na których powinienem się pojawić w tym roku. Na jednym z polecanych przez Post-rock PL koncertów spostrzegłem formację Mojapołowa. Na myśl przyszły mi od razu Maybeshewill, sleepmakeswaves czy 65daysofstatic i moja sympatia, którą obdarzam zespoły, których nazwa składa się z kilku nieoddzielonych spacjami słów. Decyzja podjęła się sama – twórczości Mojejpołowy musiałem przyjrzeć się dokładniej.
Utwory grupy Mojapołowa bynajmniej nie przypominają stylistyką wymienionych wcześniej formacji. Pełno w nich brudu, krzyku, chaosu. Sami określają się jako muzycy emo, ale nie przywodzą na myśl ubranych w ciasne, czarne, ponabijane ćwiekami chłopców z przydługą grzywką. Bliżej im do ukochanego przeze mnie hardcore'owego Minor Threat. Ich zmagania z rzeczywistością są autentyczne, a nad estetyką przeważają emocje. Środki wyrazu, jakie wybrali nie są ładne, ale nie mają takie być – to, co czują twórcy też nie jest ładne.

Wokalistów Mojejpołowy dręczą między innymi problemy z naszych miejskich podwórek – rozczarowanie szarością życia, forsowany przez matki katolicyzm, alkoholizm nieobecnych ojców. Teksty często podążają w stronę poezji. Balansują pomiędzy zgrabnymi elipsami, a brutalną dosłownością (czasem zdarza im się spaść nawet do poziomu Marii Peszek, np. fragmentu „jesteś dziwką, czy tylko puszczalska” z kawałka Będziesz ze mną chodzić nie będę nawet próbował bronić). Z drugiej strony zdarzają się też udane gry słowne, takie jak na przykład ta (zdaje się, lekko inspirowana Masłowską): „wchodzę do waszego pokoju braku pokoju”.


Takich zespołów nie można osądzać kryteriami gatunku. Nie mówi się: on krzyczy, bo wszyscy jego pokroju krzyczą – tak trzeba robić, żeby być hardcore punkiem. Trzeba się wsłuchać w osobę, w jej wrażliwość, zastanowić co zmusza ich do nieludzkiego wrzasku. Trzeba zwrócić uwagę nawet na pojedyncze załamanie się głosu na linijce tekstu. Zastanowić się, co czuje człowiek rozważający samobójstwo.

TMLK

PRZEGAPIONE to seria wpisów o muzyce, która została w jakiś sposób przeoczona. W tej kategorii może pojawić się zarówno tekst o podziemn...


PRZEGAPIONE to seria wpisów o muzyce, która została w jakiś sposób przeoczona. W tej kategorii może pojawić się zarówno tekst o podziemnym somalijskim jazz-punku, zapomniany album pobocznego projektu wielkiego muzyka, jak i największy klasyk, którego wcześniej ekipa Coś się popsuło nie miała okazji odsłuchać z różnych przyczyn.

Pierwszy PRZEGAPIONY to concept album „Holy Land” brazylijskiej grupy Angra. Jakim cudem trafił do tej kategorii? Brazylijski progresywny power metal nie brzmi może jak najbardziej zwariowany gatunek muzyczny, ale z pewnością nie jest to scena, którą śledzę z zapartym tchem. Pierwszy kawałek tego zespołu znalazłem na facebookowym fanpage'u World Prog-Nation w grudniu i uznałem, że jest to muzyka zasługująca na wpis.

Wydany w 1996 „Holy Land” opowiada o dziejach Brazylii z czasów konkwisty – wypierania prymitywnej kultury indiańskiej przez kulturę europejską. Narracja jest prowadzona dwoma torami – zarówno słowami, jak i muzyką. Teksty mówią o lękach rdzennych mieszkańców, ich wierzeniach oraz o młodych Europejczykach, którzy tworzą nowy świat na gruzach tego, co zastaną za Wielką Wodą. Pod względem muzyki, Angra wykazała nietypową dla siebie dozę oryginalności: do tradycyjnych elementów power metalu – m.in. agresywnej perkusji, szybkich gitar, mnóstwa solówek i chwytliwych refrenów – dołożono tu adekwatne do klimatu opowieści motywy przywodzące na myśl szamańskie rytuały – takie muzyczne odpowiedniki totemów.

Właśnie ta gra nawiązań „robi robotę”. Zaczynamy od reprezentującego kulturę europejską renesansowego czterogłosu. Typową zagrywką kompozytorów powermetalowych jest skontrastowanie chóralnych partii ostrym wejściem gitar i perkusji. Dopiero później zaczyna się dziać. W pewnym momencie do muzyki wkracza magia voodoo, którą w pewnym stopniu musieli posiąść Andre Matos i Rafael Bittencourt aby tak zgrabnie skleić te niegdyś wrogie sobie elementy w jedną, spójną opowieść.

Linki do wartych przesłuchania kawałków:



TMLK

Przesłuchałam ją szybko i pobieżnie, mając w planie zaliczyć tego wieczora więcej nowych, i w zamyśle ciekawszych muzycznych świeżyne...



Przesłuchałam ją szybko i pobieżnie, mając w planie zaliczyć tego wieczora więcej nowych, i w zamyśle ciekawszych muzycznych świeżynek. Odnotowałam gdzieś pomiędzy Taco Hemingwayem a Mirandą Lambert, że ciekawe. Trochę jak z kumplem któremu na odczep mówimy no kiedyś musimy umówić się na piwo, wrzuciłam ją na jedną z playlist i zapomniałam. Przypomniał mi o niej Piotr Stelmach w Myśliwieckiej 3/5/7, i to jak pięknie przypomniał.


Woman Justice to świeżo wydane na świat dziecko (chociaż pewnie nie jest to najtrafniejsza metafora) francuskiego duetu urzędującego pod szyldem muzyki elektronicznej: Gasparda Augéa i Xaviera de Rosnaya. Na okładce płyty znajdziemy, tradycyjny już w twórczości Justice, krzyż, tym razem oblany iryzującą substancją. Grafika, chociaż ładna i intrygująca, u niezaznajomionego ze spuścizną słuchacza może wywołać myśli 'a to pewnie jakaś metalowa ściana hałasu'. Tak pomyślałam i ja. A potem zostałam wciągnięta na pokład kosmicznego statku electro. 


Podróż poza ziemską atmosferę rozpoczyna Safe & Sound. Nie poruszamy się z prędkością dźwięku, bo sam utwór jest tego pośpiechu pozbawiony. Funkująca kompozycja, podbita pochwałą Daft Punku zwalnia, by następnymi taktami oznajmić nam nadejście Pleasure. Istotną przyjemnością jest ten rozpływający się, senny utwór. Meandrujące tony przywołują obraz wszystkich nieśmiałych, ukradkowych spojrzeń, podsycanych galopującymi myślami. Kiedy decydujemy się zaryzykować i ruszyć dalej, wgniata nas w fotel Alakazam! do którego aż chce się opuścić szybę i założyć ciemne okulary. Fire oraz Stop pozwalają zrozumieć powód dla którego album wyrwał nas na chwilę z rzeczywistości, jednocześnie zmywając wszystkie uprzedzenia do nowoczesnej muzyki elektronicznej. Chorus pozostawił mnie z irytującym szukaniem w pamięci Skąd ja znam te chórki?.  Na Heavy Metal wpadamy natomiast w drobne turbulencje, by przyhamować na Love S.O.S. Kiedy kończy się Close Call wypada zawrócić do domu .

 
Wracam więc i dochodzę do wniosków. Jednym z nieszczególnie błyskotliwych jest stwierdzenie, że to album o miłości. Traktujący o niej w sposób ekscytujący, żywiołowy, bez zbędnej melancholii podszytej smutnym wokalem. Dyplomatycznie optymistyczny krążek, flirtujący przez większość czasu z disco lat 80. Woman udowadnia mi trochę, że można robić muzykę nie bazującą na silnych emocjach słuchaczy i można robić ją dobrze. Przy okazji należy do jednego z moich ulubionych miłosnych typów- muzyki tak miło, umiarkowanie, zmęczonej. Chociaż tęczująca ciecz nie pokryła całej płyty równomiernie barwnie, polecam nie tylko na listopadowe wędrówki.

Koro

Dziś trzydziestą ósmą świeczkę na torcie zdmuchuje Karen Lee Orzolek – wokalistka rockowego zespołu Yeah Yeah Yeahs. Z tej okazji posta...


Dziś trzydziestą ósmą świeczkę na torcie zdmuchuje Karen Lee Orzolek – wokalistka rockowego zespołu Yeah Yeah Yeahs. Z tej okazji postanowiłem przysłuchać się bliżej osiągnięciom zarówno tej grupy jak i osobnym projektom pani Orzolek.

Karen urodziła się w Korei Południowej jako córka Koreanki i Polaka, ale dzieciństwo spędziła w USA. Jak wspomina, była grzecznym dzieckiem - nikt nie przypuszczał, że w przyszłości będzie frontmanką kapeli rockowej. Dopiero kiedy spotkała Briana Chase'a i Nicka Zinnera miała szansę pokazać jaka dzika drzemie w niej bestia.

Yeah Yeah Yeahs zaczęli jako zespół punkowy, utwory były krótkie, surowe i agresywne, choć na pierwszych albumach znalazło się miejsce dla kilku ballad przynoszących na myśl Radiohead czy Oasis. Z biegiem czasu Zinner coraz częściej grał partie syntezatorowe, wypuszczając z rąk gitarę. To odchylenie w stronę synthpopu w połączeniu z nieustającą zadziornością Karen O sprawiło, że dwa ostatnie albumy Yeah Yeah Yeahs cenię sobie najbardziej.

Po wypuszczeniu „Despair”, drugiego singla z płyty „Mosquito” o Yeah Yeah Yeahs ucichło. Karen jednak nie zniknęła ze sceny muzycznej, choć wyraźnie odpadła w cień. Pisane przez nią kawałki bez Zinnera i Chase'a wypuszczone na dwu solowych płytach nie kontynuują dokonań zespołu, który przyniósł jej sławę. O próbuje na nich pokazać swoją łagodną stronę, która zawsze była dla mnie tym, co w Yeah Yeah Yeahs zbędne – trochę jakby brak jej było wokalnych narzędzi aby dać upust swoim emocjom.

Podsumowując dotychczasowe artystyczne życie Karen O: najserdeczniej polecam dokonania Yeah Yeah Yeahs, jeśli nie znacie, możecie posłuchać kawałka nagranego ze Swansami. Solowe nagrania tylko dla tych, którym bardzo nie chce się spać.